|
Już po Norwegii! Podróż do Bergen trwała 36 godzin,
z powrotem jakieś 26 godzin. Jak to okropnie daleko. Mimo to pojadę
tam jeszcze! Niesamowite krajobrazy: zaśnieżone góry wyrastające
z fiordów i woda, woda, woda! Ryby widziałem na echosondzie w olbrzymich ilościach,
przy nabrzeżu portowym widziałem także własnymi oczami ryby na głębokości
5m (bardzo przezroczysta woda) o wielkości do 70cm. Jednak były
trudne do przechytrzenia!
Napracowaliśmy się we czwórkę przy pilkowaniu za
wszystkie czasy, jeżdżąc łódką ponad dużymi ławicami ryb na
głębokościach do 160m.
Byliśmy w czwórkę (sami wędkarze) od 23 kwietnia do 1 maja
(czyli 8 dni) w miejscowości Flatraker, jakieś 50km na południe od
Bergen w zachodniej Norwegii, w domku wędkarskim przy fiordzie
przepływowym Langnuen, na wyspie Tysnes. Mieliśmy ładną łódź z
10-konnym silnikiem do dyspozycji, miejsce do obrabiania ryb z
bieżącą wodą, dużą zamrażarką i pomieszczeniem do przechowywania
sprzętu wędkarskiego. Od właściciela otrzymaliśmy po przyjeździe
mapę batymetryczną fiordu z naniesionymi najlepszymi miejscami,
górkami podwodnymi i prądami wodnymi. Do dyspozycji mieliśmy (w
Niemczech wypożyczony) echosonda Lowrance
X85, który pokazywał nam nawet pojedyńcze małe ryby na dużych głębokościach.
Do połowu w morzu nie potrzeba żadnych zezwoleń.
Złowiliśmy w sumie jakieś
160 ryb w ciągu tego tygodnia, w większości były to czarniaki wielkości średniej do 50cm,
największy 58cm. 9 dorszy, z tego największy
74cm i parę innych ryb.
Najwięcej ryb (czarniaków) było na głębokości 10-25m (w
toni przy górkach podwodnych, gdzie głębokość bezwzględna nie
przekraczała 60m). Tam też trzeba było dokładnie obserwować
echosondę, aby pilkera prowadzić pomiędzy rybami.
Do domu przywieźliśmy jakieś 25 kg filetów (w czwórkę),
czyli raczej mało jak na Norwegię. Na stole mieliśmy dodatkowo
codziennie na obiad lub kolację ryby w różnej postaci.
Mieliśmy pecha z pogodą, o ile nazwać pechem
temperatury do 25 stopni Celsjusza i czyste niebieskie niebo (kwiecień
stulecia w Bergen, gdzie normalnie występuje najwięcej opadów
deszczu w Europie!), kiedy to można było na łódce łowić
porozbieranym do majtek. Ryby jednak takich anomalii widocznie nie
znoszą.
W domku, w którym mieszkaliśmy, byli również inni
wędkarze, którzy nastawili się wyłącznie na dużą rybę (malwy). To
taka trochę przypominająca bardzo grubego węgorza ryba żyjąca na
głębokościach 100-400m we fiordach i otwartym morzu, przy samym dnie.
Dwie grupy wędkarzy (po czterech) łowiło w ciągu całego
dnia wędkowania jedną do czterech ryb wielkości do 110cm (do
8kg). Widzieliśmy zdjęcia wywieszone przy nabrzeżu: ryby do 160cm
i wagi do 26kg (na tarle, kiedy ikra waży dobrych kilka kilogramów)
łowione były często w maju-czerwcu w poprzednich latach. Przynęta:
najczęściej pół śledzia lub makreli, prowadzonych na ciężkim
zestawie przy samym dnie.
Łowienie na głębokości ponad 100m nie jest zbyt
proste, tym bardziej, że warunkiem występowania stad ryb są silne
podwodne prądy. Przy niewielkim dodatkowo wietrze pchało naszą łódkę
(byliśmy zawsze we czwórkę) z szybkością 3-7km/godz. (odpowiada
to szybkości pieszego). Nie było więc mowy o łowieniu na zwykłe
żyłki wędkarskie, które się naciągają i na takiej długości
trudno wyczuć kontakt z dnem lub średnią i małą rybą. Należały
więc używać plecionek. U wędkarzy widziałem plecionki
0,22-0,30mm i wytrzymałości 17-25kg. Obciążenie 0,5kg, ponad którym
znajdowała się na systemie paternoster wspomniana przynęta: kawałek
makreli lub śledzia, które dzięki silnemu zapachowi dodatkowo
wabią drapieżniki. Przy stałym kontakcie z dnem można liczyć z
takim zestawem na każdą rybę żyjącą przy dnie. Ja osobiście złowiłem
tym sposobem tylko małe dorsze do 40cm, miałem jednak o wiele za
lekkie zestawy, które mi się często plątały. Doświadczenia z wędkarstwa
śródlądowego nie przydały się na wiele, największe sukcesy
mieli jednak Ci, którzy do Norwegii jeżdżą od wielu lat.
Jeszcze ciekawostka o pilkerach i zestawach makrelowych,
na które łowiliśmy wspomniane czarniaki. Otóż łowiąc we czwórkę
używaliśmy początkowo czterech różnych zestawów. Przez pierwsze
godziny na wodzie brania były bardzo sporadyczne, wymieniałem więc
ciągle zestawy i pilkery. Wreszcie założyłem taki bardzo kolorowy
zestaw makrelowy z czerwonymi, zielonymi i żółtymi ogonkami. Ogonków
było 6, przy czym 3 były zielone. Już po kilku minutach miałem
uderzenie na głębokości 20m. Wyciągam, muszę pompować, bo
idzie strasznie ciężko i ku mojemu zdumieniu wiszą: cztery czarniaki
na zestawie, przy czym trzy z nich na zielonych ogonkach (wszystkie
po 40-45cm). Po godzinie ta sama sytuacja, cztery ryby za jednym
zamachem, trzy z nich znowu na zielonych ogonkach. Ten kolorowy
zestaw mieliśmy tylko jeden, więc dopiero wieczorem zrobiliśmy
następne podobne. Niestety, jak to w życiu wędkarskim bywa,
następnego dnia nie brały już na żadne z naszych zestawów, choć
pilkowaliśmy w środku dużego stada ryb. Czasami tylko zapinały się
przypadkowe ryby za ogon lub za bok, to chyba tylko na dowód, że
echosonda nie kłamała.
Koszty? Za domek zapłacilośmy 450 Euro (cały tydzień),
za promy i tunele w sumie 400 Euro. Razem z prowiantem (mieliśmy
wszystko ze sobą z domu), benzyną i drobiazgami wędkarskimi wyszło
po 355 Euro na osobę. Po tej wyprawie stwierdziłem, że mogło być
taniej (są również tańsze promy) i zmieścilibyśmy się przy
oszczędnym planowaniu w 270 Euro na osobę (cyły tydzień) przy
czwórce wędkarzy.
To tak w skrócie byłoby na tyle. Nasza wyprawa obfitowała
również w inne ciekawe przeżycia wędkarsko-morskie, ale o tym
innym razem. Wyprawa na norweskie ryby pozostanie mi na długo w
pamięci, nie tylko z uwagi na wędkarstwo,ale również z uwagi na
równie silne wrażenia krajobrazowe. Nawet sama jazda samochodem po
drogach tego górzystego kraju jest wyjątkowo interesująca: tunele,
przejazdy promowe, kręte serpentyny po zboczach fiordów i te
widoki zapierające dech w piersiach.
W przyszłym roku będzie na pewno powtórka (tam razem
ponownie w południowej Norwegii)
Artur
|
|