|

W 1988 roku, w środku lata, po iluś tam nieprzespanych nocach, decyzja wyjazdu z
Kraju stała się ostateczna. Cóż, niemieckiego liznąłem wprawdzie gdzieś w
ogólniaku dawno temu, więc aby się dogadać za kilka miesięcy w obcym języku,
musiałem przysiąść fałdów. Zamiast z muchówką nad Sołę (mieszkałem wtedy
niedaleko Oświęcimia), zabrałem się za słówka i gramatykę.
Jakimś cudem wpadło mi wtedy w ręce niemieckie czasopismo
"Blinker". Zapalonemu wędkarzowi pismo to osłodziło wyjazd obietnicą
wielkich ryb i czystych wód. Nie rozumiałem ani słowa, ale fotografie były
imponujące: szczupaki wyginające ręce, siatki pękające od dwukilowych leszczy, rzeki
pełne czekających na sztuczne muchy pstrągów. Przy takiej zachęcie opanowałem w
krótkim czasie najważniejsze słowa niemieckie, a mianowicie: kołowrotek, wędka,
przypon muchowy, poproszę o pudełko białych robaków itd.
Wylądowałem w Wesfalii Nadrenii w Wigilię po południu. Jeszcze tego
samego wieczoru dowiedziałem się o okolicznych kanałach łączących Niemcy Środkowe z
Morzem Północnym. Szerokość 20-30 m, głębokość 2-6 m... No i leszcz, płoć, karp,
duży karp, bardzo duży karp. Już w pierwszy dzień Świąt przekonałem moich krewnych
w Niemczech, że najlepszym sposobem na pokazanie mi okolicy jest przejażdżka wzdłuż
dróg wodnych. Do dziś mam w pamięci to zdumienie, które mnie ogarnęło. Pogoda była
w te święta wymarzona do wędkowania, było słonecznie, bezwietrznie, temperatura
około 15 stopni Celsjusza. Zima się spóźniała...
Przejechaliśmy 100 km (!), najpierw wzdłuż kanału Ems, potem
wzdłuż dużego jeziora Haltern. Ani jednego wędkarza. Początkowo myślałem, że tam
wszędzie nie wolno łowić ryb. Potem, że tam chyba ryby o tej porze roku już nie
biorą. Pierwszy wędkarz, którego spotkałem nad kanałem, gdzieś w styczniu, wydał mi
się objawieniem. Brały mu płotki, takie pod 30 cm. Ja sam nie mogłem jeszcze aż do
lata łowić, musiałem wyrobić niemiecką kartę wędkarską. A do tego czasu
przypatrywałem się rzadziej lub częściej napotykanym wędkarzom (częściej tylko nad
pobliskim stawem pstrągowym), zbierałem informacje i czytałem bodaj wszystkie
niemieckie czasopisma wędkarskie.
Powoli wyłonił mi się prawdziwy obraz wędkarstwa w Niemczech.
Zarejestrowanych wędkarzy jest około miliona (80 milionów mieszkańców), przy czym
większość z nich chodzi na ryby wyłącznie w czasie urlopu. Powody tego są rozmaite i
nie tutaj miejsce na ich roztrząsanie.
Pewnym jest jednak, że niemieckie wody są bardzo czyste i jest ich
więcej niż w Polsce. Cała południowa i środkowa część kraju jest pagórkowata lub
górzysta, sporo tu cieków pstrągowo-lipieniowych, jezior i zbiorników zaporowych, poza
tym rzek nizinnych i dużych kanałów spławnych, a także - ulubionych w Niemczech -
małych pstrągowych stawów komercyjnych.
Jestem urodzonym wędkarzem rzecznym, więc większość łowionych
przeze mnie ryb pochodzi z wód płynących. Ostatnie cztery lata jestem związany pracą
z Dortmundem (środkowo-zachodnie Niemcy) i dzięki temu jestem częstym gościem nad
Ruhrem, Lippą, Wezerą i Renem. Każda z tych rzek jest niepowtarzalna. 30-40 m szeroki i
płytki (0,5-1,5 m) Ruhr, przegradzany co parę kilometrów zaporą, jest dobrym
łowiskiem karpiowym, a w górnym odcinku pstrągowym. Lippa wije się ze wschodu na
zachód Westfalii głębokim na 2 do 4 m korytem o szerokości 5-15 m. Jej wolne nurty
kryją dużą ilość białej ryby.
Wezera to taki ciut wolniejszy, ale trzy razy większy Dunajec, z
rybostanem zapierającym dech piersiach przepływankowca: brzana (1-3 kg), świnka (nie
złowiłem nigdy mniejszej niż 45 cm), leszcze 1,5-3 kg, płocie do 1 kg (sam
łowiłem!), kilowe klenie, kilowe pstrągi. Z Wezery pochodzi mój rekord życiowy: 72 kg
ryb w siatce we dwójkę w 6 godzin. Było to niedaleko ujścia ciepłej wody z
zamkniętej dziś elektrowni atomowej, mieliśmy przy sobie wtedy wyłącznie 8 m kije bez
kołowrotków. Przeklinałem przy każdej rybie, która poszła z 0.16 mm przyponem.
Naprzeklinałem się tego popołudnia za całe życie. Od dwóch lat moim ulubionym
łowiskiem jest już potężny w Westfalii Ren, król rzek niemieckich. Rzeka ta toczy w
swoim dolnym biegu czyste wody korytem szerokości 200-300 m, głębokość ze szczytu
główek 6-9 m, silny prąd wody, latem duża przeźroczystość wody. Z powodu
całodobowego ruchu barek i statków (także wycieczkowych) tworzą się często fale,
które utrudniają delikatne łowienie.
Dno Renu wysłane jest żwirem lub kamieniami, mułu jeszcze nigdy tam
nie widziałem. Poławiane ryby są w większości duże. Płocie poniżej 25 cm, leszcze
poniżej 40 cm i jazie poniżej 35 cm zdarzają się rzadko. Złowienie dużego leszcza
nie jest żadnym wyczynem, wręcz przeciwnie, po którymś tam wyjeździe nad wodę ma
się nawet tych dwukilowych leszczy serdecznie dosyć. Moi wędkarscy przyjaciele, którzy
mnie wielokrotnie w Niemczech odwiedzali, przeżyli to nad Łabą jak i nad Renem, kiedy
nie było już gdzie wkładać złowionych ryb (po złowieniu ryba musi zostać zabita!).
Najmniejszy złowiony przeze mnie karp w Renie miał około 2 kg. Noc to
dobra pora na sandacza, którego tutaj sporo i to dużych rozmiarów. Jest również i
sum, a także łosoś. Od kilku lat czytam w prasie o dziwnych, acz rzadkich zdobyczach
nadreńskich wędkarzy: piraniach. Tak, tak, te południowo-amerykańskie ryby
mięsożerne zostały tutaj wprowadzone prawdopodobnie przez jakiegoś pseudoturystę i
mają się wspaniale w nowej ojczyźnie w pobliżu ujść ciepłej wody.
Takich rybnych i czystych akwenów jak Ren czy Wezera jest oczywiście w
Niemczech znacznie więcej. Presja wędkarska jest bodaj najmniejsza w Europie,
zanieczyszczania nie wpadają prawie nigdzie bezpośrednio do rzek. Rybactwo śródlądowe
prawie nie istnieje, ponieważ się po prostu nie opłaca, kłusownictwa nie ma. Jeszcze
jakieś pytania?
Polak chcący połowić w Niemczech powinien się zapoznać z
najważniejszymi przepisami dotyczącymi sportowego połowu ryb na wędkę. Oto
najważniejsze:
Każda wymiarowa ryba powinna po złowieniu zostać zabita.
Nieprzestrzeganie tego przepisu może za sobą pociągnąć odpowiedzialność
karną
(dręczenie zwierząt). Nie powinno się przechowywać żywych ryb
(choć
powoli zmienia się ten przepis na korzyść wędkarza).
Istnieje zakaz używania żywych rybek jako przynęty oraz zakaz używania
chemicznie kolorowanych białych robaków (zagrożenie zachorowalnością na raka).
Obowiązek posiadania rocznej karty wędkarskiej,
którą można nabyć
za 20-30 Euro
w urzędzie miejskim w każdym większym mieście.
Podstawą wydania takowej jest aktualna
polska karta wędkarska (przetłumaczona!)
Obowiązek posiadania zezwolenia użytkownika wody na połów,
które można
wykupić w sklepach wędkarskich w pobliżu miejsc wędkowania.
Zezwolenie takie kosztuje
5-15 Euro na jeden dzień.
Nie zawsze da się wykupić jednodniowe zezwolenie.
Np. na Ren
można otrzymać jedynie trzydniową licencję za 10 Euro.
Wszelkie wymiary ochronne (podobne do polskich)
i ograniczenia są zwykle
wypisane na odwrocie zezwolenia wędkarskiego. Dobra rada: skrupulatnie je przestudiować
przed pójściem na ryby.
A tutaj
WSKAZOWKI JAK WYKUPIC ZEZWOLENIE WEDKARSKIE
Wypada mi na koniec życzyć wszystkim zainteresowanym wędkowaniem w
Niemczech połamania kija na niemieckich rybach...
Artur
|
|