kainiti.gif (429 Byte)

Wędkarstwo

Norwegia 1999

 

Wyprawa do południowej Norwegii 31.04-08.05.1999

Krysia (a moja żona) będzie w tym czasie w 6-tym miesiącu ciąży, więc chyba zostaniemy w domu? Nieeeeeeeee! A i Krysia chce jechać z nami. No to jedziemy :-), jednym pękającym w szwach autem w czwórkę: Krysia, ja, Norbert i Paul. Wszyscy napaleni na te sławne norweskie ryby morskie.

Podróż mieliśmy raczej spokojną, z Dortmundu 900 km przez Niemcy i Danię, w Hirtshals na prom, którym płynęliśmy 8 godzin do Kristiansand w Norwegii. Podróż promem przespaliśmy w kajutach przy lekkim kołysaniu tej potężnej łódki (1000 pasażerów, kilkaset smochodów osobowych i ciężarowych). W Kristiansand byliśmy o siódmej rano, do Lyngdal nad Rosfjord  jeszcze 2 godziny (100km na zachód od Kristiansand) i wreszcie na miejscu. Szybko przywitać się z właścicielem (ale gaduła, opowiada już co najmniej 15 minut, a my tu chcemy na ryby!!!). Wreszcie!

Caly pierwszy dzień spędzamy na łódce, którą mamy do naszej dyspozycji . Fjord o nazwie Rosfjord ma jakieś 12 km długości i 1-2 km szerokości, my mieszkamy w jego najdalej od morza oddalonym zakątku. Tam znajduje się również bardzo długa przystań dla łódek, która będzie miała dla nas spore znaczenie w trakcie naszego pobytu. Jesteśmy wprawdzie zmęczeni podróżą, ryby wcale na razie nie biorą, mimo to jest wspaniale: niebo bezchmurne, lekka bryza, na wodzie żadnej innej łodzi, dookoła nas wysoko w niebo wyrastające zbocza fjordu. Zjeżdżamy wreszcie do przystani, robiąc co najmniej 5 km na 5-konnym silniku.

Wieczorem, zamiast iść spać, zabieramy ze sobą butelkę wody ognistej i maszerujemy wspólnie do właściciela naszej chaty. Tu dowiadujemy się, że najlepiej spróbować z przystani, bezpośrednio z szerokiej na jekieś 3-4 metry betonowej kładki, pływającej na potężnych pontonach i wrastającej jakieś 200 metrów w głąb fjordu. Naszym marzeniem było wprawdzie łowienie z dryfującej łodzi, jednak dajemy się przekonać. Zasypiamy kamiennym snem, marząc o jutrzejszych rybach.

Rano budzimy się skoro świt, na dworze przymrozek, łąka pomiędzy oknami i fjordem jest pokryta białym szronem. Niecierpliwie jemy pierwsze śniadanie i wszyscy (Krysia czuje się w szóstym miesiącu z Tomaszem nadzwyczaj dobrze!) pędzimy na opiewaną przystań. Zakładamy odmrożone kraby (małe garnele, dostaliśmy od właściciela) na delikatny jak na morskie łowienie zestawy: 0.25 mm żyłka główna, 0.20 mm przypon, haki 4-5, oliwka 20-30 g., wędka 30-80 g i 3-4m. Lowimy bezpośrednio pod pomostem, głębokość wynosi  tutaj 22 metry (!!!). Już po kilku minutach Norbert zacina COS!!! Delikatnie wyciąga w górę... flądra, jakieś 40 cm. Nieźle! Do skrzynki! Tego dnia wyciągamy wspólnie jakieś 40 ryb, w tym jest i dorsz i koler.

Jako że nasz urlop w Norwegii trwać będzie tylko jeden tydzień, spędzamy większość czasu na przystani. Z łodzi próbujemy wprawdzie jeszcze dwa razy, jednak efekty nie są zbyt optymistyczne: ja wyciągam jednego polacka jakieś 63 cm, Paul dorsza 60 cm. Najwięcej ryb dostajemy z pomostu. Dla Krysi, która jeszcze nigdy nie łowiła ryb, jest to bardzo wygodne i przyjemne wędkowanie, nie musi siebie ani Tomasza (a przyszłego wędkarza!) stresować w rozchybotanej łodzi.

Za każdym razem, po kilku godzinach wędkowania, idziemy na krótki odpoczynek do domu zrobić jakiś obiad, zaopatrzyć się w chłodne piwo, wyczyścić i zamrozić ryby i.t.d.

Pogoda udaje nam się wyjątkowo jak na Norwegię na początku maja. Jest wprawdzie wietrznie ale najczęściej bezchmurnie, tylko raz pada drobny kapuśniaczek.

W sumie przywieźliśmy do domu jakieś 25-30 kg ryb. Krysia policzyła swoje ryby: było ich dokładnie 42 sztuki, większość z nich to flądry i inne płastugi, był również koler 55 cm, kilka dorszy. Paul, Norbert i ja nie mieliśmy wprawdzie tak dobrych rezultatów, jednak my próbowaliśmy również innych metod i przynęt. Krysia trzymała się za to od początku do samego końca wskazówek naszego gospodarza i łowiła wyłącznie na mięso garneli pod pomostem.

Koszty wyprawy: prom 290 Euro, domek 250 Euro, do tego benzyna, drobiazgi i wyżywienie (mieliśmy praktycznie wszystko z domu). W sumie wyprawa kosztowała nas wszystkich jakieś 850 Euro, czyli na osobę nieco ponad 200 Euro. Mieliśmy szczęście z domkiem, normalnie kosztuje norweska chata z dobrym wyposażeniem jakieś 600-800 Euro.

Reasumując: w zasadzie nie było tych ryb wcale tak dużo, jak to sobie wymarzyliśmy. Jednak Norwegia ma coś w sobie. To czyste powietrze i krystaliczna woda? Te strome i górzyste fjordy? Sam nie wiem. Wiem tylko, że Norwegia stanie się dla mnie celem następnych wypraw wędkarskich. Słyszałem, że zachodnia Norwegia jest o wiele bardziej rybna. Sprawdzimy to w następnym roku. Tomasz będzie miał wtedy niecały rok, Krysia odpuści sobie więc i obiecuje pojechać (z Tomaszem i ze mną) za dwa lata :-)

A Paul? Kiedyś jeździł chętnie do Szwecji. Wątpię jednak, czy kiedyś tam jeszcze pojedzie, chyba że w drodze do Norwegii.

A Norbert? Po naszej wyprawie obiecał wreszcie zrobić kartę wędkarską. A przyda mu się na pewno, jeśli pojedziemy nad Bałtyk na wiosenne śledzie.

A Tomasz? Urodził się 3 miesiące po wyprawie do Norwegii, jest wyjątkowo dużym i jak na razie zdrowym dzieckiem, jesteśmy zgodni co do tego, że dobrze mu zrobiły te filety, którymi Krysia się objadała do samego rozwiązania.

A przepraszam, zapomniałem o Maxymilianie. To syn Norberta: urodził się 7 miesięcy po naszej wyprawie:  równie duży i zdrowy jak Tomasz. Coś chyba rzeczywiście było w tych norweskich filetach:-)

 

spowrotem do naszej strony glównej (K.A. Rysch)ptransp.gif (43 Byte)spowrotem do wedkarstwaptransp.gif (43 Byte)poczta do nas