Krysia
(a moja żona) będzie w tym czasie w 6-tym miesiącu ciąży, więc
chyba zostaniemy w domu? Nieeeeeeeee! A i Krysia chce jechać z nami.
No to jedziemy :-), jednym pękającym w szwach autem w czwórkę:
Krysia, ja, Norbert i Paul. Wszyscy napaleni na te sławne norweskie
ryby morskie.
Podróż mieliśmy raczej spokojną, z Dortmundu 900 km przez Niemcy i Danię, w Hirtshals na prom, którym płynęliśmy
8 godzin do Kristiansand w Norwegii. Podróż promem przespaliśmy w
kajutach przy lekkim kołysaniu tej potężnej łódki (1000 pasażerów,
kilkaset smochodów osobowych i ciężarowych). W Kristiansand byliśmy
o siódmej rano, do Lyngdal nad Rosfjord jeszcze 2
godziny (100km na zachód od Kristiansand) i wreszcie na miejscu.
Szybko przywitać się z właścicielem (ale gaduła, opowiada już
co najmniej 15 minut, a my tu chcemy na ryby!!!). Wreszcie!
Caly pierwszy dzień spędzamy na łódce,
którą mamy do
naszej dyspozycji . Fiord o nazwie Rosfjord ma jakieś 12 km
długości i 1-2 km szerokości, my mieszkamy w jego najdalej od morza oddalonym zakątku.
Tam znajduje się również bardzo długa przystań dla łódek, która
będzie miała dla nas spore znaczenie w trakcie naszego pobytu.
Jesteśmy wprawdzie zmęczeni podróżą, ryby wcale na razie nie
biorą, mimo to jest wspaniale: niebo bezchmurne, lekka bryza, na
wodzie żadnej innej łodzi, dookoła nas wysoko w niebo wyrastające
zbocza fiordu. Zjeżdżamy wreszcie do przystani, robiąc co
najmniej 5 km na 5-konnym silniku.
Wieczorem, zamiast iść spać, zabieramy ze
sobą butelkę wody ognistej i maszerujemy wspólnie do właściciela
naszej chaty. Tu dowiadujemy się, że najlepiej spróbować z
przystani, bezpośrednio z szerokiej na jekieś 3-4 metry betonowej
kładki, pływającej na potężnych pontonach i wrastającej jakieś
200 metrów w głąb fiordu. Naszym marzeniem było wprawdzie łowienie
z dryfującej łodzi, jednak dajemy się przekonać. Zasypiamy
kamiennym snem, marząc o jutrzejszych rybach.
Rano budzimy się skoro świt, na dworze
przymrozek, łąka pomiędzy oknami i fiordem jest pokryta białym
szronem. Niecierpliwie jemy pierwsze śniadanie i wszyscy (Krysia
czuje się w szóstym miesiącu z Tomaszem nadzwyczaj dobrze!) pędzimy
na opiewaną przystań. Zakładamy odmrożone kraby (małe garnele,
dostaliśmy od właściciela) na delikatny jak na morskie łowienie
zestawy: 0.25 mm żyłka główna, 0.20 mm przypon, haki 4-5, oliwka
20-30 g., wędka 30-80 g i 3-4m. Lowimy bezpośrednio pod pomostem,
głębokość wynosi tutaj 22 metry (!!!). Już po kilku
minutach Norbert zacina COS!!! Delikatnie wyciąga w górę... flądra,
jakieś 40 cm. Nieźle! Do skrzynki! Tego dnia wyciągamy wspólnie
jakieś 40 ryb, w tym jest i dorsz i koler.
Jako że nasz urlop w Norwegii trwać będzie
tylko jeden
tydzień, spędzamy większość czasu na przystani. Z łodzi próbujemy
wprawdzie jeszcze dwa razy, jednak efekty nie są zbyt optymistyczne:
ja wyciągam jednego polacka jakieś 63 cm, Paul dorsza 60 cm. Najwięcej
ryb dostajemy z pomostu. Dla Krysi, która jeszcze nigdy nie łowiła
ryb, jest to bardzo wygodne i przyjemne wędkowanie, nie musi siebie
ani Tomasza (a przyszłego wędkarza!) stresować w rozchybotanej łodzi.
Za każdym razem, po kilku godzinach wędkowania,
idziemy na krótki odpoczynek do domu zrobić jakiś obiad,
zaopatrzyć się w chłodne piwo, wyczyścić i zamrozić ryby i.t.d.
Pogoda udaje nam się wyjątkowo jak na Norwegię
na początku maja. Jest wprawdzie wietrznie ale najczęściej
bezchmurnie, tylko raz pada drobny kapuśniaczek.
W sumie przywieźliśmy do domu jakieś 25-30
kg ryb. Krysia policzyła swoje ryby: było ich dokładnie 42 sztuki,
większość z nich to flądry i inne płastugi, był również
koler 55 cm, kilka dorszy. Paul, Norbert i ja nie mieliśmy
wprawdzie tak dobrych rezultatów, jednak my próbowaliśmy również
innych metod i przynęt. Krysia trzymała się za to od początku
do samego końca wskazówek naszego gospodarza i łowiła wyłącznie
na mięso garneli pod pomostem.
Koszty wyprawy: prom 290 Euro, domek 250 Euro,
do tego benzyna, drobiazgi i wyżywienie (mieliśmy praktycznie
wszystko z domu). W sumie wyprawa kosztowała nas wszystkich jakieś
850 Euro, czyli na osobę nieco ponad 200 Euro. Mieliśmy szczęście
z domkiem, normalnie kosztuje norweska chata z dobrym wyposażeniem
jakieś 600-800 Euro.
Reasumując: w zasadzie nie było tych ryb
wcale tak dużo, jak to sobie wymarzyliśmy. Jednak Norwegia ma coś
w sobie. To czyste powietrze i krystaliczna woda? Te strome i górzyste
fiordy? Sam nie wiem. Wiem tylko, że Norwegia stanie się dla mnie
celem następnych wypraw wędkarskich. Słyszałem, że zachodnia
Norwegia jest o wiele bardziej rybna. Sprawdzimy to w następnym
roku. Tomasz będzie miał wtedy niecały rok, Krysia odpuści sobie
więc i obiecuje pojechać (z Tomaszem i ze mną) za dwa lata :-)
A Paul? Kiedyś jeździł chętnie do Szwecji.
Wątpię jednak, czy kiedyś tam jeszcze pojedzie, chyba że w
drodze do Norwegii.
A Norbert? Po naszej wyprawie obiecał wreszcie
zrobić kartę wędkarską. A przyda mu się na pewno, jeśli
pojedziemy nad Bałtyk na wiosenne śledzie.
A Tomasz? Urodził się 3 miesiące po wyprawie
do Norwegii, jest wyjątkowo dużym i jak na razie zdrowym dzieckiem,
jesteśmy zgodni co do tego, że dobrze mu zrobiły te filety, którymi
Krysia się objadała do samego rozwiązania.
A przepraszam, zapomniałem o Maxymilianie. To
syn Norberta: urodził się 7 miesięcy po naszej wyprawie: równie
duży i zdrowy jak Tomasz. Coś chyba rzeczywiście było w tych
norweskich filetach:-).
Artur
|
|